Na tą wycieczkę miałem pojechać z kolegą Andrzejem lecz w ostatniej chwili „zmieniły mu się plany” i ostatecznie pojechałem sam. Trasę zaplanowałem stricte asfaltową, bo nie chciało mi się zmieniać ogumienia na moim rowerku.

Wystartowałem z parkingu przy tzw. „Wodospadzie Niagara” w Wiśle. Trochę źle się czułem, bo dzień wcześniej jadłem bardzo późno pizzę, a mój żołądek nie jest przyzwyczajony do takich rzeczy.  Skierowałem się do Wisły Czarne na szlak, który prowadzi do Schroniska na Przysłopie. Zanim dojechałem do początku szlaku, to zdążyłem rozgrzać mięśnie i zwiększyć swoje tętno (obudziłem się). Jak już wspomniałem droga cały czas jest asfaltowa i po wjeździe na szlak prowadzi cały czas pod górę z lekkim nachyleniem drogi. Dzisiaj było na tej drodze dużo turystów. Jak to zwykle bywa idą całą szerokością drogi (szlaku) nie przejmując się innymi. Jako, że mam super rowerek :), to potrafię podjechać bezszelestnie do takie grupy. Zwykle jednak ostrzegam o wyprzedzaniu i wołam prosząc o zwolnienie drogi (np. lewa wolna). Zadziwiające jest, że ludzie motają się jak małe dzieci nie wiedząc, którą stronę zwolnić. Zazwyczaj muszę nieźle kombinować, aby nikomu krzywdy nie zrobić (czasami mnie korci, aby wjechać komuś w d… ;)). Na moje szczęście mało osób kierowało się do Stecówki i tam miałem całą drogę dla siebie. Na Stecówce wypiłem małe piwko i od razu poczułem się lepiej. Brzuch przestał mnie boleć i po 15 minutowej pauzie ruszyłem na Przełęcz Kubalonka. Żwawo ruszyłem do góry i już chwili poczułem lekkie rozczarowanie bo skończył się podjazd i droga stała się równa. Był nawet lekki zjazd i znowu dużo turystów. Po chwili dojechałem do parkingu w środku drogi do Przełęczy Kubalonka. Niestety jak się okazało, to już był koniec podjazdów. Pokierowałem się więc dalej czerwonym szlakiem (asfalt) do rozjazdu w lewo Istebna, prawo Wisła. Wybrałem Wisłę i zjechałem super drogą i prędkościami dochodzącymi do 55km/h. Ok. 8km zjazdu i znalazłem się na rondzie do Wisły Czarne. Dotarcie do samochodu zajęło mi chwilkę i po drodze zdążyłem wyprzedzić kilku „szosowców”.

Przy samochodzie czułem jednak mały niedosyt całą tą wycieczką. Za krótko i niezbyt męcząco (ok 22km). Następnym razem pomyślę o czymś trudniejszym z naciskiem na podjazdy (mój błąd, bo dzisiaj nie popatrzyłem na przewyższenia). Z drugiej jednak strony mam dużą satysfakcję, że jak coś sobie zaplanuję, udaje mi się to zrealizować.

Poniżej kilka fotek, które jednak udało mi się zrobić na tej krótkiej trasie.