W tym roku – inaczej niż do tej pory – wyjazd na wakacje nie będzie dla mnie oznaczał urlopu od gotowania. Na dotychczasowych wyjazdach wakacyjnych robiłam wszystko, żeby tylko nie gotować, więc obiady jadaliśmy w knajpkach, restauracyjkach, często też robiliśmy grilla. Te wakacje będą pierwszymi, co do których sama zadeklarowałam, że będę gotować obiady. Nie mam ochoty po zejściu ze szlaku wkurzać się w jakieś knajpce, że nie mogę zjeść jakiegokolwiek dania bez mięsa lub przygotowanego bez udziału składników pochodzenia zwierzęcego. Ostatnim razem przekonałam się w góralskiej karczmie, że nawet poczciwe frytki smażone są na smalcu. Dlatego codziennie wieczorem będę robiła obiady na następny dzień, tak żeby po powrocie z trasy bez problemu zjeść coś pożywnego i odpowiedniego dla nas.

Bartek ma większy problem. Wczoraj pojechał do Kołobrzegu na obóz aikido. Zastrzegłam wcześniej, że Bartek jest wegetarianinem, więc żeby nikt nie wmuszał w niego kotletów, parówek i klopsów. On sam dobrze wie, co jest odpowiednie do zjedzenia. Zapewniono mnie, że jego styl odżywiania nie będzie problemem, dla pań kucharek to żadna wielka sprawa przygotować jeden posiłek bezmięsny. Bartek ostatnio je już wszystko: warzywny bigos i leczo, gołąbki,  warzywne klopsy i zupy z wszystkich możliwych warzyw – więc wiem, że nie będzie wydziwiać. Rok temu nie mogłam nawet marzyć o tym, by moje dziecko zjadło jakieś inne warzywo niż ziemniaki i marchewkę. A teraz? Zje wszystko, co nie jest mięsem. Problem więc nie leży w tym co będzie na obozie jadł, ale co ma odpowiadać na pytanie: „dlaczego nie jesz mięsa?”. Bartek nie ma dobrych doświadczeń z tłumaczeniem kolegom dlaczego nie je mięsa, więc dla niego to faktycznie kłopot. Doradziliśmy mu dwie odpowiedzi: „bo uważam, że tak jest słusznie i nic wam do tego” (ja) oraz „bo mam alergię na białko zwierzęce i po kotletach rzygam” (Stefan). Zobaczymy co Barek wybierze.

A z kulinarów to ostatnio jedliśmy:

1. Gołąbki.

Liście kapusty włoskiej najpierw podgotowałam przez 0k. 5 minut w parowarze, żeby było łatwiej je zawijać. Farsz to lekko podgotowany ryż, podgotowany w bulionie granulat sojowy oraz uduszona cebulka. Wszystko przyprawione solą i pieprzem, nałożone na liście kapusty, zawinięte w kopertkę, zawiązane białą nitką i ugotowane na parze. Sos: przecier pomidorowy, woda i śmietanka sojowa.

2. Leczo z cukinii i papryki białej.

Zdjęcie okropne, wiem, ale przypomniałam sobie o zrobieniu fotki dopiero wtedy, gdy widelec skrobał już po dnie miski.

Składniki leczo: cukinia, biała papryka, cebula, marchewka, seler i pietruszka (za tymi ostatnimi przepadam). Wszystko uduszone na małym ogniu, z dodatkiem pasty paprykowej, przecieru pomidorowego, listka laurowego i ziela angielskiego. Podane z kaszą kuskus, ale z chlebem też było smaczne.

3. Kotlety warzywne pod tytułem: „to co my tam mamy dzisiaj w lodówce”

A w lodówce były: bób (uwielbiam!), kapusta włoska, kalafior, seler, pietruszka. Wszystko uduszone w małej ilości wody a następnie poszatkowane. W roli sklejacza i zagęstnika wystąpiła kasza jaglana. Z przypraw dodałam gotową mieszankę o nazwie „przyprawa egipska”, nie wiem dokładnie co wchodzi w jej skład, bo proszek przesypałam do słoiczka i wyrzuciłam opakowanie, ale pamiętam, że jest tam mięta i nie ma glutaminianu sodu. Opanierowane w domowej roboty bułce tartej i usmażone – smażone smakują mi najbardziej. Kotleciki pyszne, miękkie i delikatne w środku, smak kalafiora był tu smakiem wiodącym, ale tą miętę też można było wyczuć.

Ciekawe co Bartek dziś zje na swój pierwszy kolonijny obiad:))