Tak, wiem – minęły wieki odkąd wrzucałam tu cokolwiek. Powód banalny i dobrze wszystkim znany: czas. A raczej jego brak. Poza tym mistrzem kuchni nie jestem, nie gotuję super-hiper-rewelacyjnych potraw, więc czasem gdy coś ugotuję zastanawiam się czy w ogóle robić temu zdjęcie i czy warto to pokazywać.

To trochę głupie, bo wiem jakich przepisów zazwyczaj ja szukam: prostych, nieskomplikowanych i niewymagających zastosowania trudno dostępnych i drogich składników. Dlatego dziś pokażę Wam potrawę, którą zrobiłam na podstawie przepisu z ostatniego lub przedostatniego magazynu VEGE. Bardzo rzadko używam tekturki sojowej czy granulatu sojowego, ale ten przepis bardzo mi się spodobał i postanowiłam sprawdzić, co z tego wyjdzie. Danie bardzo proste do przygotowania, idealne dla początkujących wegetarian, gdy człowiek czuje się lekko zestresowany myśleniem, co tu dziś zrobić na obiad. Najpierw fotka, potem przepis:

DSC04580Wygląda średnio ciekawie, ale jest bardzo smaczne. A do przygotowania powyższej potrawki potrzebne będzie:

  • ok 10 kotletów sojowych, ugotowanych w bulionie warzywnym, pokrojonych w paski a następnie obsypanych przyprawą curry  – w tym stanie należy kotlety pozostawić na min. 10 minut,
  • cebula – ja użyłam 3 małych cebulek szalotek,
  • 1 puszka mleka kokosowego – ja użyłam małej puszki, nie chciałam, żeby moje kotlety pływały,
  • kolendra – w przepisie była świeża i suszona, ja znalazłam tylko suszoną,
  • sól i pieprz do smaku

Cebulę pokroiłam na półtalarki, zeszkliłam we woku (ostatnio to moje ulubione naczynie w kuchni, we woku aktualnie nie gotuję tylko zup). Sojowe kotlety dołożyłam do cebuli i poddusiłam. Dodałam mleko kokosowe, pokruszone w palcach kuleczki kolendry, sól i pieprz. Podałam z białym ryżem i brokułem – oba gotowane na parze. I już – szybko i smacznie.

Nic się u nas nie zmieniło: nadal balansujemy na granicy wegetarianizmu i weganizmu tzn. Stefan czasem je jajka i serki wiejskie, a ja od czasy do czasy ser żółty. Ale to tylko w zakresie śniadań, obiady są zawsze wegańskie np. takie jak te poniżej:

DSC04528

DSC04531

DSC04515Powyższe zdjęcia znalazłam na karcie aparatu, wydaje mi się, że nie były publikowane. Pierwsze to nasz ulubiony makaron razowy, takie grube wstążki, z cukinią pokrojoną w cienkie, długie paski, z pieczarkami i cebulą – wszystko lekko podduszone i doprawione solą i przyprawą curry. Środkowe zdjęcie to trudna dla mnie w tej chwili do zidentyfikowania potrawka z woka, ale widzę tam cukinię, marchewkę i chyba soczewicę. Uwielbiam takie potrawki, są szybkie do zrobienia, w każdej kuchni znajdą się nadające się składniki (bo nadaje się każde warzywo), a inny dobór przypraw sprawia, ze za każdym razem wychodzi inny smak. A na ostatnim zdjęciu kalafior w sosie beszamelowym z dodatkiem gałki muszkatołowej, z dodatkiem ziemniaków i sałaty lodowej z pomidorami.

A dziś robiłam z chłopakami pierwsze świąteczne ciasteczka. Wyszło sporo, ale jak nas znam, to poradzimy sobie z nimi dość szybko. Przepisu nie podaję, bo nie potrafię: wyszukałam dziś kilka przepisów w necie, coś tak dodałam, coś odjęłam, po namyśle dosypałam coś tam jeszcze i wyszła jedyna w swoim rodzaju kompilacja, nie do odtworzenia ponownie.

DSC04581

DSC04588

A na zakończenie: pierwszy w życiu Bartka koncert rockowy. Odbył się w Żorach, w naszym domu kultury, gwiazdą wieczoru był Proletaryat. Poszli obaj ze Stefanem, wyglądając jak swoje klony: obaj w czerni, obaj w glanach (Stefan w swoich rzecz jasna, a Bartek w pożyczonych ode mnie). Obaj wrócili bardzo zadowoleni, Bartek zaraz na drugi dzień zaczął marzyć o następnym koncercie. Kto wie, jakieś tam plany w tym zakresie mamy.

DSC04539

DSC04545

Wczoraj odbyłam bardzo „ciekawą” rozmowę z kolegą na temat wegetarianizmu. Dowiedziałam się, że „zaraziłam” moją przyjaciółkę ideą niejedzenia mięsa, że ostatnio nie chciała zjeść NAWET rosołu, a przecież rosół nie ma nic wspólnego z mięsem, bo mięso tylko chwilę w nim leżało (mętne pojęcie ma chyba kolega o tym, czym jest rosół). Ale najbardziej zdumiało mnie stwierdzenie: „ona mówi, że nie chce jeść mięsa, bo hodowla zwierząt to masowe morderstwo i ona nie chce w tym uczestniczyć”. No i ? Jak to możliwe, że w naszym katolickim społeczeństwie empatia i współczucie dla zwierząt wzbudzają tyle niechęci i niezrozumienia? Nigdy chyba już tego nie zrozumiem. Ale z tego, że Justyna mięsa już nie je jestem autentycznie dumna :))))))))))))